Temat znęcania się nad zwierzętami powraca w mediach jak bumerang. Schemat jest zwykle podobny: antypatyczny gość, najczęściej z małego miasta lub ze wsi bije psa lub znęca się w bardziej wyrafinowany sposób, np. ciągnąc zwierzę za samochodem na sznurku… Wyobraźnia ludzka w tej materii jest zdumiewająca. Prawie w każdym tygodniu słyszy się podobne doniesienia. 

 

Dla przeciwwagi inna grupa osób próbuje te niekorzystne zjawiska ograniczyć, a w wersji idealistycznej – wyeliminować. Jak zwykle po środku są zwykli obywatele, tacy, którzy lubią koty, zwłaszcza gdy są małymi puszystymi kulkami i kochają grzeczne spokojne psy, które nie brudzą. Z tymi nierasowymi, chorymi, przerażonymi lub złośliwymi wolą nie mieć do czynienia. Można powiedzieć, że są pozytywnie nastawieni do swoich pupili, ale cenią sobie własną wygodę… Czasami karmią bezdomne psy i wałęsające się koty. 

Moja sąsiadka jest wyjątkowa - zajmuje się bezdomnymi zwierzętami, codziennie przynosi im jedzenie, rozmawia z nimi, próbuje oswoić. Opowiada zabawne zdarzenia z nimi związane, czy i kiedy dały się pogłaskać, ale też zastanawia się, co zrobić, gdy kolejne dwie dorastające kotki będę mieć kociaki. Jej skromna emerytura nie przyrasta w takim tempie jak liczebność stadka półdzikich kotów, nie licząc psów, których też przybywa.  W jaki sposób docenić działania takich osób? Może przyznać specjalną nagrodę „Zasłużony dla ratowania porzuconych zwierząt”. Może stworzyć specjalną listę w Internecie? Inni nie spostrzegają problemu i obojętni żyją własnym życiem. Czy można ich za to winić? 

O problemie przepełnionych schronisk słyszymy prawie tak często jak o znęcaniu się nad zwierzętami. Rozwiązania problemu nie widać. Może światełkiem w tunelu jest sterylizacja? Tylko skąd wziąć na nią środki? Jak to zwykle bywa, wymyślić rozwiązanie jest łatwiej niż je wdrożyć, mimo że wiele osób chciałby pomóc. 

Część zwierząt miała to szczęście, że ktoś im pomógł, nakarmił i zareagował w porę, ale są ukryte formy znęcania i jakoś o nich nie słychać w mediach. Aby zauważyć ten problem, trzeba wyjechać z dużego miasta na wieś. A jakie to wstydliwe tajemnice mogą skrywać swojskie przysiółki? Pewnie znów w wyobraźni widzimy mieszkańca wsi, który bije psa. Oj, te schematy…

W każdy weekend wiosną, zwłaszcza przed wakacjami, spostrzegam samochody przedstawicieli klasy średniej z dużego miasta, które dyskretnie zatrzymują się na wiejskiej drodze, ktoś wysiada, wybiega pies, cieszy się, biega, rasowy, zadbany. Ktoś pali papierosa, ktoś rozmawia przez telefon, kręcą się dzieci, a potem trzaskają drzwi samochodu, milknie gwar rozmów, jeszcze tylko w oddali słychać warkot silnika i … na skraju drogi zostaje zdziwiony, zakłopotany pies. Czeka godzinami, bo przecież po niego wrócą, przecież nie mogli go zostawić, nigdy tego nie robili… Potem staje się głodny i idzie do pobliskich zabudowań z nadzieją, że ktoś da mu jeść. Z biegiem czasu uczy się zdobywać pożywienie i z innymi psami zgrają poluje na zające i bażanty. 

Nie jest to problem jednostkowy, jeśli po jednym weekendzie w małej wsi wałęsają się aż cztery nowe bezpańskie psy, a apogeum pozbywania się zwierząt przypadnie na czerwiec i lipiec… Nie wiem, jak jest w innych rejonach. Mam nadzieję, że inaczej…

Co myślimy o kimś kto bije psa? Niech każdy sobie w duchu odpowie na to pytanie. Zastanawiam się, co myśli człowiek, który psa porzuca? Że pozbywa się problemu, że przecież nie może inaczej, bo w ośrodku wypoczynkowym, do którego się wybiera na wakacje nie można przywozić zwierząt i że właściwie jest w porządku, bo przecież nie uderzył psa ani razu, nie znęcał się nad nim i szybko zapomina o sprawie… 

Niektórzy zaczęli spisywać numery rejestracyjne samochodów, których właściciele porzucają zwierzęta…

Malina

 

Polecane publikacje

baner przeszlosc okladka baner lacza nas roznice okladka ok